Moje Mazury. Moja Niedziela.

W życiu są noce i dnie, ale są i niedziele.
Te jednak zdarzają się rzadziej niż
w kalendarzu.
M. Dąbrowska
 

Mazury to moja Niedziela

To moja młodość. Niezmącony troskami czas wielkiej zabawy.
To pierwsze miłości kiełkujące pod niebem, którego można niemal dotknąć.
To zapach wody. Niezwykła energia z niej płynąca.
To mgły nad jeziorami o świcie, gdy noc się kończy i czas się położyć.
7-8 osób na maleńkiej drewnianej Silhouette – naszej żaglówce.
Gitary obowiązkowe. Sucha bakista – luksus.
Na każdym campingu jedno ognisko dla wszystkich.
Na jeziorach kilka łódek w ciągu dnia. Tylko klubowe. Żadnych czarterów.
Problem dnia – jemy ryż czy makaron?
W zęzie (zawsze zbierającej wodę) kilka puszek z mielonką i paprykarzem.

Wybrańcy losu.
Był wśród nas ktoś, kto miał patent i dostęp do klubu żeglarskiego.
Mogliśmy więc jeździć na Mazury.
 
Mazury to też dzieciństwo naszej córki.
Jej pierwsze przechyły, których się bała, łowienie rybek z rufy, żeby je zaraz uwolnić, natychmiastowe zapadanie w sen, gdy zaczynało grzmieć.
To wciąż Silhoutte choć jakby jeszcze mniejsza, a nas tylko troje przecież.
Wszyscy w portach jakoś tak z wysoka na nas patrzą.
Wody nabrać mogą tylko wiadrem na dłuuuuugiej linie.


Nie trzeba już trzymać puszek w zęzie, bo wszędzie sklepy.
Na przystaniach kilka ognisk. Każdy ma swoje. Gitar nie słychać.
 
Ale trzciny nasze są tam, gdzie zawsze.
Słychać krzyk ptaków, czuć znajomy zapach.
Spokój. Jest tu!
Mazury.
Nasza Niedziela…

 
Mazury, to moje dziś.
Przyjaźnie, które przetwały lata i te całkiem nowe.
Miłość spod tamtego nieba wciąż żywa.
Jachty już, nie żaglówki. Na jeziorach biało od tychże.
W każdym porcie sklep, knajpka. Nikt nie burłaczy na kanałach.
 
Ale trzciny na swoim miejscu.
Woda emanuje tą samą energią.
Przyroda rozmawia, wanty grają najpiękniejsze melodie.
Zapach ten sam.
Mazury się nie zmieniły i mogą się cieszyć nimi wszyscy. Wystarczy wynająć jacht.
Nie trzeba znać się na chmurach.
Wiedzieć, co to znaczy, że ktoś płynie prawym halsem i dlaczego nie karmi się łabędzi.
Nie trzeba wiedzieć, że woda niesie głosy, co to jest saperka i Głazy Sztynorckie.
 
Ale Mazur to nie wzrusza.
Są wciąż takie same.
Majestatyczne, piękne.
Nie odkryją się przed tymi, dla których są ledwie wtorkiem czy czwartkiem.
Moje Mazury.
Moja Niedziela.

 
 
Julita Góźdź-Kowalska,
autorka tekstów, scenariuszy, miłośniczka Mazur.